Od Alice do Willa
Sirdziałam w lesie, do 15 szukając czegokolwiek. Jedyne co miałam po powrocie do domu to przeziębienie.
***
Spojrzałam na Quebo. Był załamany jeszcze bardziej niż ja. Schudł znacznie od ostatniego razu, gdy go widziałam.
- Oczywiście, że się nim zajmę. -wzięłam od chłopaka smycz.
- Dzięki. -wydusił z siebie- Jak będziemy coś wiedzieć to od razu na pewno dam Ci znać. -uśmiechnął się smutno, po czym pogłaskał owczarka i odszedł.
Spojrzałam na Quebo i podrapalam go za uchem. Pies oparł pysk o moje udo i przymknął oczy.
- Nie martw się, znajdziemy go. -wyszeptałam i weszlismy do środka.
***
- Co to za kundel? -spytał z obrzydzeniem ojciec, patrząc na Quebo.
- Kundel? Gdzie? -zaczęłam się rozglądać po mieszkaniu.
- Ten pies. Co tu robi?
- Quebo, mój towarzysz, pomaga w odnalezieniu Willa. Będzie u mnie w pokoku przez jakiś czas.
- Mam nadzieje, że nie na długo tu zostanie. Te kudłate szczury to już za dużo.
Wzdycham i idę do pokoju. Koty bardzo przyjaźnie przywitały psa. I choć ten chciał się z nimi bawić w berka ..oby nie gryzianego.. Monsta i Astro tylko otarły się o niego i wskoczyły na górną półkę ich drzewka, po czym obserwowały nowego współlokatora. Ucieszyłam się, że nie zaczęli na siebie warczeć i syczeć, w końcu już niedługo będą mieszkać pod jednym dachem na zawsze. O ile odnajdziemy Willa. Zapiekły mnie policzki, ale nie pozwoliłam łzom spłynąć. Zacisnęłam pięści i podeszłam do okna. Nagle do głowy wpadł mi pomysł. Spojrzałam na Quebo, leżał pod moim łóżkiem i przyglądał się mi smutnym wzrokiem.
Już niedługo Quebo.
***
Kiedy przyjechałam z owczarkiem na miejsce wypadku, było już ciemno. Tym razem ubrałam się cieplej niż tydzien temu, oczywiście kurtkę Willa miałam na sobie. Dałam rękaw do powoąchania Quebo i powiedziałam, aby szukał. Pies zaczął węszyć, a ja świeciłam latarką, aby widzieć dokąd zmierza. Węszył długo, i chyba po jakiejś godzinie złapał trop. Pociągnął mnie w głab lasu. Biegłam za nim dość długo, aż w końcu nie miałam siły. Dłoń nawet w rękawiczce mi zamarzała i mimo woli puściłam smycz. Pies zatrzymał się, i spojrzal w moją stronę. Zaczął piszczeć i ocierać się we mnie.
- Quebo -wydyszałam- szukaj go. Ja ..zaraz wstanę.
Pies jednak nie chciał biec dalej. Zaczął na mnie szczekać, a potem lizać po twarzy po rękach.
Wstchnęłam było mi bardzo zimno, wszystko mnie bolało. Ale nie poddałam się, wstałam i trzymając psa za szelki ruszyliśmy, nieco wolniej. Po jakimś czasie w oddali zobaczyłam polanę, a na jej końcu światła.
Will?
***
Spojrzałam na Quebo. Był załamany jeszcze bardziej niż ja. Schudł znacznie od ostatniego razu, gdy go widziałam.
- Oczywiście, że się nim zajmę. -wzięłam od chłopaka smycz.
- Dzięki. -wydusił z siebie- Jak będziemy coś wiedzieć to od razu na pewno dam Ci znać. -uśmiechnął się smutno, po czym pogłaskał owczarka i odszedł.
Spojrzałam na Quebo i podrapalam go za uchem. Pies oparł pysk o moje udo i przymknął oczy.
- Nie martw się, znajdziemy go. -wyszeptałam i weszlismy do środka.
***
- Co to za kundel? -spytał z obrzydzeniem ojciec, patrząc na Quebo.
- Kundel? Gdzie? -zaczęłam się rozglądać po mieszkaniu.
- Ten pies. Co tu robi?
- Quebo, mój towarzysz, pomaga w odnalezieniu Willa. Będzie u mnie w pokoku przez jakiś czas.
- Mam nadzieje, że nie na długo tu zostanie. Te kudłate szczury to już za dużo.
Wzdycham i idę do pokoju. Koty bardzo przyjaźnie przywitały psa. I choć ten chciał się z nimi bawić w berka ..oby nie gryzianego.. Monsta i Astro tylko otarły się o niego i wskoczyły na górną półkę ich drzewka, po czym obserwowały nowego współlokatora. Ucieszyłam się, że nie zaczęli na siebie warczeć i syczeć, w końcu już niedługo będą mieszkać pod jednym dachem na zawsze. O ile odnajdziemy Willa. Zapiekły mnie policzki, ale nie pozwoliłam łzom spłynąć. Zacisnęłam pięści i podeszłam do okna. Nagle do głowy wpadł mi pomysł. Spojrzałam na Quebo, leżał pod moim łóżkiem i przyglądał się mi smutnym wzrokiem.
Już niedługo Quebo.
***
Kiedy przyjechałam z owczarkiem na miejsce wypadku, było już ciemno. Tym razem ubrałam się cieplej niż tydzien temu, oczywiście kurtkę Willa miałam na sobie. Dałam rękaw do powoąchania Quebo i powiedziałam, aby szukał. Pies zaczął węszyć, a ja świeciłam latarką, aby widzieć dokąd zmierza. Węszył długo, i chyba po jakiejś godzinie złapał trop. Pociągnął mnie w głab lasu. Biegłam za nim dość długo, aż w końcu nie miałam siły. Dłoń nawet w rękawiczce mi zamarzała i mimo woli puściłam smycz. Pies zatrzymał się, i spojrzal w moją stronę. Zaczął piszczeć i ocierać się we mnie.
- Quebo -wydyszałam- szukaj go. Ja ..zaraz wstanę.
Pies jednak nie chciał biec dalej. Zaczął na mnie szczekać, a potem lizać po twarzy po rękach.
Wstchnęłam było mi bardzo zimno, wszystko mnie bolało. Ale nie poddałam się, wstałam i trzymając psa za szelki ruszyliśmy, nieco wolniej. Po jakimś czasie w oddali zobaczyłam polanę, a na jej końcu światła.
Will?
Komentarze
Prześlij komentarz